na brzegu miasta

Jest taki moment zaraz po obudzeniu, gdy znajdując się w półśnie, wchodzi się powoli w dzień, nie mając jeszcze jego całkowitej świadomości. Właśnie wtedy, utulonym będąc jeszcze drugą stroną rzeczywistości jest się w stanie dotknąć jej najgłębiej, najszczerzej. Właśnie wtedy, nie wiedząc dokładnie, co to za miejsce ani gdzie się jest i dlaczego, ma się bardzo dokładną świadomość wszystkiego. Człowieka w takim stanie nie da się oszukać. Zna swoją prawdę. Zna swoją miłość.

Za oknem słychać było głosy na tarasie. Na wpół otwarte okno, przesłonięte jedynie grubą zdobioną w fikuśne wzory firanką wprowadzało ją teraz swoim zapachem bieli, dotykiem drewna, chropowatą nawierzchnią parapetu, głosami gości na zewnątrz w tą rzeczywistość nieznaną jeszcze, ale od zawsze kochaną, należącą do niej, współistniejącą od zawsze, będącą jej częścią tak głęboko.

                                                                                            ———-

Czasem chciała po prostu zapomnieć. O czym? Może o wszystkim po trochę. Zapomnienie ma sobie coś takiego, co trudno określić. Jest jak poruszanie się w przestrzeni bez końca i początku, z zachowaniem pełnej świadomości. Czasem myślała, że takie stany podobne są raczej szaleńcom i medytującym mnichom. To ogarniające ją uczucie, ten stan był czysty, był samą czystością, niewinnością, był nieistnieniem i istnieniem równocześnie, był poruszaniem się w wymiarze bez czasu i przestrzeni. To było czyste istnienie, które przenikało do dna duszy, które przenikało świadomość, które wyrastało ponad świadomość. To była miłość w najczystszej formie. Te chwile napełniały ją takim spokojem, jaki odczuwała niegdyś, dawno temu, gdy przesiadując w gałęziach ogrodowego drzewa, schowana przed światem obserwowała jego oddalone istnienie.

Czasem marzyła, żeby tak już zostać, w tej przestrzeni bez czasu i ram, bez początku i końca. Było jakieś ogromne piękno i nieskończona wolność tamtej chwili, podobna jak teraz. Była w niej powolność płynięcia wraz ze wszystkim, co płynie i trwania ze wszystkim co trwa. To tak jak marzyć, choć właściwie nie wiadomo dokładnie, o czym myśli dusza w takim stanie, i czy to co się odczuwa jest myśleniem. Jest rozproszoną energią, która materializuje się w ciele tak intensywnie, że czuć jej drganie. To stan najczystszej energii, najczystszego ruchu. I najczystszego spokoju. Absolutnej jasności widzenia. To kontemplacja rzeczywistości. To bycie w niej najdogłębniej.

Takie chwile zdarzają się niezwykle rzadko. Takie chwile zdarzają się podczas tańca, zdarzają się podczas modlitwy, takie chwile zdarzają się podczas silnego bólu. Są wyzwoleniem, gdy ciało przekracza pewną granicę. Granicę uczuć, myśli, swoją własną granicę. Zastyga i zanurza się w bezczas, w trwanie. Takie stany zdarzają się również zaraz po obudzeniu. Gdy człowiek staje się kwintesencją swojej istoty.

Za burtą zbliżającego się wolno do nabrzeża statku, leżało rosnące powoli miasto. Ponad barwnym, głośnym, intensywnym tłumem rozpościerała się dumna, milcząca, kamienna architektura starożytnych ruin. Na rozległym, gwarnym placu tuż przy nabrzeżu targowali handlarze, krzyczeli sprzedawcy, biegały psy, przewijali się gdzieniegdzie nieliczni turyści. Trwał ruch zwykłego targowego dnia.

****

Podobne artykuły

Zwischen Wissen und Hoffen tickt die Uhr

ICH LIEBE UHREN. UHREN LIEBE ICH. OB DIE EWIGKEIT IN IHNEN TICKT OB SIE AN UNSEREN WÄNDEN FLÜSTERT UND UNSEREN TATEN WIE EIN STUMMER ZEUGE ZUSIEHT UND OB JEDE...

Ibericum

Który ze mną idziesz

Jestem więc. Nie potrafię nic Ci powiedzieć Nie znam nawet Twojego Imienia Potrafię tylko być takim jakim jestem i ufać że moje spojrzenie na to wszystko też ma jakiś sens skoro już...