(…)
„Wybierz jedną osobę, dla której będziesz tańczyć….. i…. zapomnij. Włóż w to całą swoją energię, daj temu całe swoje istnienie. Bądź tym.”
Najpierw poraża ciemność, nieprzyzwyczajone do zmroku oczy powoli i z trudem rozpoznają przedmioty, z trudem wyodrębniają z mroku chłodne, ciemne pomieszczenia i smukłe palisady kolumn, po których skaczą, goniąc się wśród filarów, wpadające z zewnątrz promienie słoneczne. Po grawerowanych ścianach przemykają cienie. Cisza staje się oddechem obecności. Intensywnieje. Gęstnieje. Łagodnieje. Zasypia.
Za pokrytymi złotą sztukaterią ciężkimi podwojami wkraczamy w świat medytacji nad niegdysiejszym przepychem pałaców i ich ziemską pozostałością, nad obfitością, nad bogactwem, nad zbytkiem. Trwają one tylko chwilę, ale całą długą chwilę orientalnego klimatu, jak spadające ogrody Mezopotamii. Ciężkie bordowe zasłony drżały od upału, słychać było przyciszone głosy gości. Muzyka była coraz głośniejsza.
I oto nadeszło pierwsze uderzenie. Jak łom wpadło w uśpioną ciszę, jak miecz gwałtownie przeszyło powietrze. Rośnie w uszach głos, wypełniający, mocny, głęboki. Rozchodzi się potężną falą po całym wnętrzu. Stanęła. Podnosi ramiona. I głos, który porywa. Unosi. Pociąga. Płonie. Biegnie się za jego cierpką melodią, za twardymi, szamocącymi się dźwiękami nie szczędząc sił, unosi silnym ramieniem, zaborczym gestem nakazuje absolutne posłuszeństwo. Nie prosi, ona żąda. Oddania, ślepego wykonywania rozkazów, zaufania, posłuszeństwa graniczącego z szaleństwem. Zdecydowanie cygańskiej wolności. Nie ma potem. Decyduj teraz. Jesteś z nią albo przeciw. Natężenie strun sięga szczytu, ostre dźwięki rozdzierają od środka….. krzyk ciśnie się na usta…. wybieraj! A teraz znowu, silniej niż dotychczas, mocniej jeszcze, niesie na jednym oddechu, dalej i dalej. Decyduj. To ty wybierasz swoje przeznaczenie, za każdym razem ty. Brak wyboru jest również wyborem. Ale pamiętaj, potem musisz już iść za tym co wybrałeś, nie ma odwrotu – przestrzega opowieść… Teraz jeszcze czerwona suknia wirująca w powietrzu, głuchy stuk czarnych obcasów na drewnianym podłożu, matowy klask kastanietów, rwące się struny.
Flamenco.
W sercu pałacowego kompleksu kamieniał dumnie i nienaruszenie symbol andaluzyjskich związków z Orientem, archaiczny motyw lwów, wskazujący na powiązania Andaluzji z krajami Morza Śródziemnego, a nawet daleką Mezopotamią. Zatopione w milczeniu ciężkie, niezgrabne sylwetki zwierząt podtrzymywały wypełnioną czystą, przeźroczystą wodą, kamienną wazę. Już tylko woda szumi w podłogowych przesmykach i labiryntach. „Agua oculte que llora” wprowadzała oto w zamknięty świat ogrodów, tajemnych przejść i drobiazgowo drążonych w białym marmurze niezliczonych inkrustacji. Prowadziła wśród szumu perlących się błękitem źródeł, fontann i kaskad do ciemnych i chłodnych pomieszczeń, kontrastujących z wystawionymi na spalające działanie słońca dziedzińcami. Podczas, gdy wśród ciężkich murów słychać było jeszcze zmęczony oddech tancerki, a w powietrzu wciąż wirowała czerwona suknia, ponad filigranową architekturą Alhambry unosił się zapach rozbitych nieostrożną ręką perfum. Unosił się lekko wśród zwiewności form kamiennych ażurów, wchodził w chłodne nisze kamiennych zagłębień, rozświetlonych dyskretnym światłem kaganka. Grube, masywne na zewnątrz mury, stanowiące doskonałą ochronę mieszkańców pałacu, zamykały w sobie labirynt ogrodów, zasadzonych ręką zakochanego artysty, istną łamigłówkę arkad przeglądających się w nieruchomym, lustrzanym spojrzeniu wodnych akwenów i kaskad.
Cisza trwała jeszcze przez chwilę po zakończeniu widowiska. Opadała teraz oto stopniowo na marmurowe posadzki cicho i niezauważenie.
Owinięta czarnym szalem, kobieta zdejmowała zmęczonym ruchem czarne buty o obitych metalem spodach. Na stole leżały porzucone w nieładzie kastaniety, w tle pobrzękiwały cicho ostatnie akordy. Tu nagle rzeczy dzieją się tylko raz, nabierają znaczenia, zwalniają rytm, wtedy zdąża się przeżyć swoje własne istnienie. Tu jest się tylko i aż kobietą. Kobietą o wielkiej sile, kobietą o słabej pozycji. Tu jest się boginią. Czczoną i zapominaną. Zaczarowaną bohaterką zamkniętą w ogrodach wiecznego labiryntu. Moja matka mówiła zawsze, że flamenco jest wyzwaniem rzuconym losowi, walczy za wszelką cenę, gotowe rzucić na szalę swoje własne istnienie, byle wygrać….. a fado, fado ten los przyjmuje. Nie wiem, czy soleá walczy z losem, ale czuć w niej na pewno coś takiego … wspólne jest na pewno wszystkim, którzy nie boją się własnego szczęścia.
Flamenco było czymś więcej niż tańcem, było esencją chwili, było wolnością, dotknięciem absolutu przestrzeni. Było równocześnie zamknięciem emocji w ograniczoności ciała, w wypracowanych, dokładnych ruchach, wkładaniem ich nieskończoności w fizyczność, dobrowolnym ograniczeniem, opanowaniem intensywności przeżycia do jednej sekwencji, do jednego ruchu, do jednego słowa. Było doświadczeniem zupełnie nowym. Było spełnieniem, łączeniem pasji z medytacyjną dokładnością ruchów. Praktykowaniem bycia jednym z ciałem, było słuchaniem jego pragnień i potrzeb, sztuką uważności, zauważeniem współzależności ze światem zewnętrznym. Stary mistrz mawiał: obserwując stół, zauważamy po jakimś czasie, że w stole jest mnóstwo elementów, o których zwykliśmy myśleć jako o świecie nie-stołu. Bez nich jednakże stół nie mógłby istnieć. Kto patrząc na stół, widzi wszechświat, ten jest w stanie zobaczyć drogę. W chwili, gdy nie czuć już wysiłku mięśni, naciąganych ścięgien, wtedy wreszcie usłyszeć można własną duszę,…
Taniec to sztuka panowania nad własnym ciałem. Medytacja to panowanie nad własnym umysłem. A modlitwa to przejście w krainę nieskończoności. Od pierwszych chwil, od pierwszych treningów wiedziała, że flamenco zawsze już będzie jej częścią. Dotykało jej najgłębszej tęsknoty. Tęsknoty za wolnością.